Banner

Trzeci wymiar, ks. Andrzej Kielian


Miłość. Najpiękniejsze uczucie. Kochać może tylko człowiek i... Pan Bóg. Niektórym się wydaje, że zwierzęta też mogą kochać, i to bardziej niż ludzie: bo one są takie bezinteresowne, szczere, oddane, wyrażają swoją wdzięczność (np. pies poliże właścicielkę po twarzy). Tylko że za to, co mu daję, pies właściwie nie może mnie nie „kochać”, nie może nie być przywiązanym, dlatego to jest takie piękne. A człowiek jednak może... Czujemy różnicę między zdaniami „Kocham psa” i „Kocham człowieka”.

Zastanówmy się nad tym, czy miłość może być trójkątem. Takim zwyczajnym trójkątem. Co miłość ma wspólnego z trójkątem? No cóż, może w ścisłym sensie niewiele. Ale gdy weźmiemy inne znaczenie, może jakiś podtekst, to pewnie więcej. Gdybyśmy na przykład na każdym rogu tego trójkąta postawili człowieka – dwie dziewczyny i chłopaka albo dwóch chłopaków i dziewczynę – to czy to, co dzieje się między nimi, można nazwać miłością? Powiecie, że trzeba by zapytać, co takiego się między nimi dzieje. Może się przecież nic nie dziać. A może się też dziać zupełnie coś innego. Co w takim razie zrobić, żeby w tym trójkącie była miłość?

Otóż geometria może nam pomóc wyobrazić sobie, czym jest miłość. W miłości, podobnie jak w geometrii, są trzy wymiary: długość, szerokość i wysokość. Jak dotąd nikt tych wymiarów, w przypadku miłości, dokładnie nie zmierzył i chyba nikomu się to nie uda. To znaczy, że miłość jest podobna do wszechświata. Każdy wie, że wszechświat istnieje, ale nikt nie wie, jaką ma objętość. Nikt go do tej pory nie zmierzył, bo się nie da. Niektórzy mówią, że nie tylko nie wiemy, gdzie się kończy, ale nawet nie wiemy, gdzie się zaczął. Mówią nam o wielkim wybuchu, ale już nie potrafią powiedzieć, dlaczego do niego doszło – nauka wysiada, naukowcy się kłócą. I tak samo jest z miłością. My tak naprawdę nie wiemy, gdzie się ona zaczyna i jak to się dzieje, że się pojawia. „Zobaczyłem ją, zaiskrzyło – a widywałem ją przez trzy lata, kiedy ze mną do klasy chodziła, a wtedy, na wycieczce, po raz pierwszy coś poczułem”. Mówimy o jakimś momencie, o chwili, którą pamiętamy: „To się stało wtedy, gdy spotkaliśmy się po raz trzeci, wręczyłem jej różę, a ona popatrzyła mi głęboko w oczy…”. Ale tak naprawdę skąd to się wzięło? Po prostu wyłoniło się ze wszechświata, z naszego wewnętrznego wszechświata.

Czy to na pewno jest miłość? Czy to się za trzy tygodnie nie skończy, a miłość przecież, jak mówi Kościół, ma trwać przez całe życie, „dopóki śmierć nas nie rozłączy”? A może Pan Bóg zabrania się kochać? Jak to jest z miłością?

Jeśli mówimy o geometrii i o wszechświecie, to trzeba zauważyć jedną rzecz – wszechświat nie jest trójkątem. Dlaczego? Bo trójkąt jest płaski. To jest figura geometryczna, która ma tylko dwa wymiary. A wszechświat jest trójwymiarowy. Czujecie różnicę?

Tak samo jest z miłością. Miłość nie jest płaska i dlatego nie jest trójkątem. Miłość to przestrzeń, w której żyjemy. Miłość jest trójwymiarowa. I tak naprawdę nie chodzi o to, czy tak wolno, czy nie wolno – jak chcesz, to ci wolno. Chodzi o to, żeby to nie było płaskie jak życie na poziomie gleby. Trzeba się podnieść i zobaczyć, że świat sięga poza horyzont, a nie tylko do granicy mojego pokoju i mojej wsi. Świat jest trójwymiarowy. Miłość też.

Jeden wymiar miłości nazywa się „ja”. W geometrii nie istnieje figura jednowymiarowa. Dlatego miłość to nie tylko „ja”. Nie liczy się tylko to, co „ja” chce. Czasem tak jest, że ktoś szuka drugiego człowieka po to, żeby on (czy ona) spełniał/a jego pragnienia, a nieraz nawet go poślubia, żeby było z nim dobrze, żebym nie musiał/a w życiu za dużo robić (a jemu zostają pantofle i gazeta, czasem jeszcze balkon i telewizor). Miłość to nie tylko „ja” i to, na co, „ja” w danej chwili ma ochotę.

W miłości potrzebny jest ktoś drugi, do kogo mogę powiedzieć, że go kocham. Druga osoba, ktoś bliski. To jest drugi wymiar. I tu jest trudniej. Całe życie się uczymy, co to znaczy kogoś kochać. Najtrudniej wtedy, gdy pojawiają się różne kłopoty: zdrada, bezrobocie itd. Tutaj dobrym przykładem są ci, którzy mają dzieci. Bo co zrobić, gdy np. dziecko przestaje kochać rodziców, kiedy zaczyna mieć ich gdzieś? Czy mają wtedy od niego odejść? „Jedyni ludzie, którzy powinni mnie znosić, woleli uciec” – tak mówił jedenastoletni Mojżesz z powieści Érica-Emmanuela Schmitta Pan Ibrahim i kwiaty Koranu, kiedy rodzice z dnia na dzień od niego odeszli. Można komuś pięknie mówić, że się go kocha i za pół roku po prostu go zostawić. Kochać to znaczy znosić kogoś. Mały Książę mówił, że „jesteśmy odpowiedzialni za to, co oswoimy”. Dlatego miłość to „ja” i „ty”, miłość to „my”. I nie jest to takie proste.

Trójkąt jest prosty, może nawet przyjemny, ale płaski. Dlatego nie jest miłością. Potrzebne są trzy wymiary w komplecie, to dopiero jest miłość. Dlatego żeby w ogóle zacząć z kimś rozmawiać o miłości, trzeba sprawdzić, czy nie jest płaski, i to nie chodzi o wypukłości ciała, tylko o to, w ilu wymiarach ktoś żyje. Jeśli tylko w jednym albo w dwóch, to nie ma co z nim gadać o miłości. I tak nie zrozumie. Będzie się takiemu wydawało, że miłość to wszystko albo że wszystko to miłość, nieważne, co albo kogo się pod to podłoży: pieniądze, sławę, karierę, psa, kota, szybki seks itd. Czasem może być płaski ksiądz, płaski nauczyciel, mogą być płascy rodzice, można sobie znaleźć płaskiego chłopaka albo płaską dziewczynę, a z takimi nie da się rozmawiać o miłości. Oni jej nie widzą ani nie czują. Trzeba poczuć przestrzeń, zobaczyć to, co za horyzontem, odkryć, że życie jest nie tylko dla siebie i własnej kieszeni. Trzeba odkryć trzy wymiary miłości: że jest miłość do siebie, czyli do „ja”, że jest miłość do drugiego człowieka, czyli do „ty” albo „my”: do mojego chłopaka, mojej dziewczyny, moich rodziców, przyjaciół. I że jest jeszcze miłość do Boga, czyli ten trzeci wymiar, jakby jej wysokość. I to jest właśnie najtrudniejsze. Nie umiemy kochać w trzecim wymiarze, dlatego nie umiemy w ogóle kochać.

Możecie w takim razie powiedzieć: „A co z tymi, którzy są niewierzący i też są szczęśliwi? Ci, którzy tak wierzyli, co dzień byli w kościele, a rozeszli się, pokłócili, w ogóle nie do życia”. To prawda. Bo nie zawsze ten, kto wierzy, widzi trzeci wymiar i nie zawsze ateista, to człowiek płaski. Czasem ten niewierzący uczy nas wiary bardziej niż setka wierzących i czasem on ma większe wyczucie prawdziwej miłości. Sztuka praktycznie polega na tym, żeby wytrwać – „wytrwajcie w miłości mojej” – o to tutaj chodzi: żeby „wytrzymać” w tym, że Bóg nas kocha, „wytrzymać” w miłości do siebie samego i do ludzi. A może nieraz są to pozory i tylko z zewnątrz wygląda, że wszystko jest OK?

Ten trzeci wymiar sprawdza, czy miłość jest prawdziwa, czy nie, czy jest tylko przejściowym stanem, emocją, która się skończy po czterech nocach albo po dwudziestu latach. To strasznie trudne, nawet dla wierzących, bo wymaga wytrwałości, wierności, nawet wyrzeczenia. A nieszczęścia biorą się z tego, że ludziom się nie chce, że się im wydaje, że miłość jest tak łatwa jak rozpięcie rozporka albo zdjęcie stanika. A jest znacznie trudniejsza. Bo miłość ma trzy wymiary.

Tylko czy wy w to chcecie uwierzyć...